Kobieta cierpiąca według Larsa von Triera
Aleksandra Ewa Furtak
Larsa von Triera uwielbiam. Wszyscy go uwielbiają, nawet ci tradycjonaliści i esteci, których denerwuje styl jego montażu, bulwersuje dobitność i odpycha naturalizm. Bez względu na estetyczne zastrzeżenia wszyscy zgodnie przyznają, że to ostatni taki artysta. Taki, który wciąż wierzy, że film jest sztuką zrodzoną z emocji, poruszającą serca, budzącą kontrowersje, inicjującą dyskusje. I który udowadnia słuszność tej wiary w swoich wszystkich kolejnych filmach, jednakowo emocjonalnych jak i kontrowersyjnych. Absolutny mistrz, który potrafi połączyć sztukę z komercyjnym sukcesem, tradycję z nowoczesnością i tchnąć w kinematografię, staczającą się w otchłań infantylizmu, taką siłę przekazu i świeżość, że aż dech zapiera.
Zarówno zwykłym widzom, jak i dyplomowanym znawcom, dech zaparło wiele razy, albowiem od początku lat 90. Trier nie wyreżyserował ani jednego filmu pełnometrażowego, który nie otrzymał chociażby nominacji do jakiejś międzynarodowej nagrody filmowej. Zwykle jego filmy triumfują w kategoriach „najlepszy film”, „najlepszy reżyser” i – „najlepsza aktorka”. Chociaż Trier ma w swoim dorobku nagród i Złotą Palmę, i Grand Prix z Cannes, i Europejską Nagrodę Filmową, to wydaje się, że większą karierę na jego filmach robią grające w nich aktorki: Emily Watson, niezapomniana Bess z Przełamując fale, nominowana do Oscara, Złotego Globu i nagrody BAFTA, zdobywczyni Feniksa (Europejskiej Nagrody Filmowej), Roberta (przyznawanego przez Duńską Akademię Filmową) i nagród amerykańskich krytyków filmowych; Björk, jako Selma z Tańcząc w ciemnościach, nominowana do Złotego Globu, nagrodzona Złotą Palmą, Europejską Nagrodą Filmową, Robertem i Eddą (nagrodą Islandzkiej Akademii Filmowej); Charlotte Gainsbourg (Antychryst) i Kirsten Dunst (Melancholia) nagrodzone Złotymi Palmami.
Aktorki stanowią szczególnie wierny fanklub Larsa von Triera, bo jaki drugi reżyser stwarza takie możliwości do zaprezentowania aktorskiego kunsztu? Dzięki rolom w jego filmach mogą przedstawić prawdziwy popis aktorstwa i wzbić się na najwyższe poziomy artyzmu. Lars von Trier tworzy dla nich fantastyczne scenariusze, pisze o kobietach, portretuje kobiety, kontempluje ich uczucia. Cóż, nie od dziś niewiasty są muzami artystów i Trier nie jest jedynym reżyserem, który poświęca im swoją twórczość. Zastanawia jednak sposób w jaki to robi, jak i też to, że do tej pory wymykał się on spostrzeżeniom krytyków. Pewnie dlatego, że Lars von Trier, jak na wielkiego innowatora kina przystało, nieustannie eksperymentował z różnymi konwencjami – musicalem, kryminałem, horrorem, filmem science fiction – i wszelkie dyskusje wokół jego filmów zamykały się głównie w kwestiach stylistycznych. W związku z czym, nikt nie zauważył, że tak naprawdę, Lars von Trier od lat „obrabia” ten sam temat. Że jest sztampowy, wtórny, przewidywalny. Bowiem wszystkie jego bohaterki są niemal takie same. Piękne, szlachetne, mądre i cierpią. Niewiarygodny tragizm kobiecego losu łamał serca w Tańcząc w ciemnościach i w Przełamując fale, potem pojawił się znowu w Dogville i Manderlay, ale można było nie dostrzec jego powtarzalności, jeśli postrzegało się te dwa filmy przez pryzmat trylogii, której są częściami. Antychryst zbijał trochę z tropu, kamuflując ten tragizm konwencją horroru, ale Melancholia demaskuje wszystko, otwiera umysł, ściera bielmo z oczu. I staje się jasne, że trierowskim patentem na sukces jest cierpienie kobiet.
Zaczął go stosować już w 1988 roku, tworząc Medeę, telewizyjną ekranizację dramatu Eurypidesa; antyczną historię o matce uśmiercającej własne dzieci, w zemście na ukochanym, odtrącającym jej miłość. Medea nie jest kobietą wymyśloną przez Triera, siłą rzeczy nie jest więc typowo trierowska. Więcej w niej cech zbrodniarki niż męczennicy, kobiety niż matki. Różni się od pozostałych bohaterek jego filmów tym, że świadomie czyni zło, krzywdząc niewinnych za własną krzywdę, ale poza tym dobrze wpisuje się w trierowski patent – jest matką, która cierpi. Mistrzowskiego i już autorskiego przedstawienia tego motywu dokonał Trier w Tańcząc w ciemnościach, portretując matkę, Selmę, która godzi się na śmierć przez powieszenie, by zapewnić szczęście i zdrowie swojemu synowi. Tu Trier idzie o krok dalej i pozwala cierpieniu ewoluować w męczeństwo. Kolejne jego filmy to istne żywoty męczennic: Przełamując fale, w którym Bess umiera by uzdrowić męża, Dogville i Manderlay, w których Grace w imię sprawiedliwości i dobra doznaje niemal zwierzęcego upodlenia, Antychryst, w którym matka zabija się wyrzutami o śmierć własnego dziecka, to Melancholia, w której Claire i Justine przyjmują na siebie koniec świata.
Typową trierowską bohaterką jest matka i/lub żona. Warto zauważyć, że Melancholia, jest drugim po Przełamując fale filmem Triera, którego plakaty promocyjne przedstawiają postać panny młodej. Z tego zestawienia żonomatek wymyka się Grace – kobieta wyzwolona (pozornie). Ale i ona jest dobra, szlachetna, trochę naiwna i mądra, czyli w gruncie rzeczy taka sama, jak pozostałe trierowskie bohaterki. Każda z nich jest niezwykła i dlatego sposób, w jaki Trier z nimi postępuje jawi się jako szczególnie brutalny. A jego postępowanie jest zawsze takie samo, wpisane w dość mało skomplikowany schemat. Otóż najpierw tą niezwykłą, wrażliwą i delikatną istotę Trier obdarza wielkim szczęściem, którym jest: A) dziecko (Tańcząc w ciemnościach, Antychryst); B) małżeństwo (Przełamując fale, Melancholia); C) schronienie przed bandziorami (Dogville, Manderlay); by później całe to szczęście jej odebrać. I to nie na drodze zwykłego niepowodzenia, ale niewiarygodnego tragizmu i wyrafinowanych cierpień. Dlatego Selmę, Bess i bohaterkę Antychrysta zabija śmiercią powolną i upadlającą, Grace seryjnie gwałci, a Justine unieszczęśliwia do granic szaleństwa, by potem i ją zabić. Trier portretuje swoje bohaterki z niesamowitym pietyzmem, szacunkiem, fascynacją, prawie jak półboginie lub matki boskie. Ze wszystkich bohaterów jego filmów, to one są najodważniejsze, są centrum akcji, są najbarwniejszymi postaciami, wzorcem zachowań. Są szlachetne i odważne, ale takim heroizmem, który nie wynosi je na pomniki, który nie ratuje świata (dlatego Melancholia nie mogła zakończyć się happy endem), takim heroizmem, o którym nikt nie wie, nikt nie mówi, nikt się nie zachwyca; heroizmem, który nie ma w sobie nic ze spektakularności, który zbombardowany bezkresnymi pokładami pokory staje się bardziej karą za niepopełnione grzechy. One wszystkie są w tym swoim heroizmie strasznie archetypiczne, prostolinijne, praktycznie niedoznające żadnej przemiany w ciągu całej fabuły filmu, od samego początku do samego końca postępujące tak, jak (ich zdaniem) należy. Są fighterkami w matczynych fartuchach, takimi, które potrafią wszystko znieść.
Z jednej strony sposób w jaki Trier portretuje kobiety jest piękny, z drugiej strony jednak denerwuje. Ta tendencyjność. Tak jakby archetyp cierpiącej żony i matki był jedynym obrazem kobiety, jedyną rolą, w jakiej może być piękna, szlachetna i odważna. Trochę też niepokoi precyzja i konsekwencja, z jaką Trier obrazuje wciąż ten sam temat, gdyż ma to w sobie coś z gloryfikacji kobiecego cierpienia. No i w końcu zasmuca to ciągłe mówienie o Trierze jako o ostatnim wyznawcy sztuki na gruncie kinematografii. Bowiem wychodzi na to, że jeśli w XXI wieku coś jeszcze potrafi prawdziwie poruszyć kinowego widza, wzbudzić w nim artystyczne doznania i zachwyt, to tym czymś jest cierpienie kobiet.
Opublikowane przez Aleksandra Ewa Furtak lip 6 2011 w kultura / sztuka, Top news. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.











A czy to takie złe, że reżyser ma coś dla siebie charakterystycznego? Skoro tak swobodnie żongluje formą, to czemu nie miałby prawa widzieć kobiety na swój własny i stały sposób? Szczególnie, że podkreśla, że to z kobiecymi postaciami w swoich filmach się utożsamia? Widocznie von Trier nie widzi siebie jako wojującej i niezależnej kobiety, a bliżej mu do tej udręczonej. Zresztą przez ostatnie lata trochę się już ten wizerunek kobiety niezależnej wytarł i zużył. On nie zachwyca nas cierpieniem kobiet samym w sobie, choćby w Dogville zachwyca portretem społeczności w konfrontacji z jednostką, w Melancholii analizą postaw człowieka (w tym wypadku kobiety) w zderzeniu z rzeczami ostatecznymi. Więc ja bym mu takiego monotematyzmu nie zarzuciła. Chyba też fakt, że widzi w kobietach ten rodzaj emocjonalnej inteligencji niedostepny meżczyznom,którzy jakże często są u niego prymitywni, tak ślepi i zrośnięci z codziennością , uważam za jakiś komplement dla nas kobiet. Niemniej miło się czytało tekst i zmusił mnie do przemyśleń, więc dziękuję i pozdrawiam serdecznie
Fajny tekst. Dzięki zań. Mówi co myślę, a co – z braku zacięcia pismackiego i analitycznego – kwituję krótkim: nie znoszę dziada_manipulatora.