Kobieta matka
Mówię: „Jestem kobietą.” Nie mogę zatem nie odnieść się, w pewnym momencie mojego życia, do macierzyństwa. Macierzyńska funkcja bezwzględnie mnie określa – czy tego chcę, czy nie. Jest czymś, wobec czego nie mogę przejść obojętnie. Zarówno w perspektywie biologicznej – jako zdolności zachodzenia w ciążę i rodzenia dzieci – jak i kulturowej (także: psychologicznej i społecznej), stawiającej znak równości pomiędzy kobietą i matką.
Nigdy nie przepadałam za dziećmi i nigdy nie chciałam mieć dzieci. Ale też nigdy nie wypowiedziałam tego wprost. Nie wyartykułowałam stwierdzenia: „rezygnuję z macierzyństwa”. Moja wewnętrzna refleksja „nie chcę mieć dziecka” przejawiała się raczej w odmowie zajmowania się małymi dziećmi w rodzinie. Przejawia się w nieposiadaniu dziecka.
Nie mam takiej potrzeby. Po prostu nie czuję tego. Nie chcę mieć dziecka, bo „tak wypada”, „tak trzeba”. Bo „co inni powiedzą”, bo „wszyscy mają dzieci”. Bo „co to za kobieta, która nie jest matką”, bo „co to za małżeństwo bez dzieci”. Nie rozumiem pojęcia „instynkt macierzyński”. Jest dla mnie semantycznie puste. Skonstruowane na potrzeby argumentacji: „macierzyństwo jest czymś naturalnym, oczywistym, czymś nieredukowalnym i arbitralnym jednocześnie”. Tak – ale tylko w sensie biologicznym.
Problem polega na tym, że ta oczywistość została przeniesiona na inne wymiary. I staje się podstawą ataków – z jednej strony, a perswazji – z drugiej. Słyszę więc zewsząd: „jesteś egoistką”, „jesteś wygodna”, „próbujesz się uchylić od świętych i naturalnych obowiązków kobiety”, ergo: „nie jesteś kobietą”. Najwyżej – heretyczką. Wreszcie argumenty najcięższego kalibru: „nie jesteś normalna, z tobą jest coś nie tak, jesteś chora psychicznie”. Ten werbalny atak kwestionuje moje zdrowie psychiczne, każąc się domyślać, że oto jestem wariatką; zarazem neguje moją tożsamość płciową. Oczywistość stwierdzenia: „jestem kobietą” ulega zawieszeniu. Ale mówi o czymś jeszcze, bodaj najważniejszym: to tylko próba, to jest tymczasowe, z wiekiem mi przejdzie, odmieni się. A tak w ogóle, jak już zajdę w ciążę, to obudzi się we mnie pragnienie posiadania dziecka, instynkt macierzyński itp. Moje „nie chcę mieć dziecka” traktowane jest niepoważnie. Ot – taka fanaberia. Dziecinada. To minie.
Jednocześnie, mówiąc o „świętych” obowiązkach, zdradza prawdziwego nadawcę tej argumentacji – konserwatywny i tradycjonalistyczny dyskurs, wyrażany przez tautologie, słowa-wytrychy: Polak-katolik i Matka-Polka, Bóg-Honor-Ojczyzna i Solidarność. Tutaj mieści się dominująca religia – katolicyzm z silnie zakorzenionym kultem Matki Boskiej, a zarazem instytucja będącą nośnikiem tej religii – Kościół i jego hierarchowie. A także wyobrażenia o potędze narodu polskiego reprezentowane praktycznie przez wszystkich uczestników życia publicznego (od prawa do lewa), w szczególności – politycznego. W tej perspektywie kobieta albo jeszcze nie jest matką, albo już jest matką. Nie ma innej możliwości. Innego sposobu zdefiniowania swojej tożsamości.
A perswazja?
Mówi się: „dziecko wypełnia pustkę w życiu kobiety”, „jest sensem jej życia”. Co można więcej powiedzieć poza tym, że kobieta jest tutaj sprowadzona do roli naczynia, pustego dzbana, który może wypełnić tylko dziecko. Brak dziecka równa się pustce, jest tożsamy z bezsensem. Obecność dziecka równa się pełni i nadaje sens.
Konstatacja: „rezygnuję z macierzyństwa” jest czymś, czego nie można sobie wyobrazić, czymś, czego nie można pomyśleć. Nawet – wypowiedzieć. Po tych słowach, po TAKICH słowach już nic nie da się powiedzieć, pomyśleć, wyobrazić. Zapada cisza. Zmienia się temat rozmowy. A ja staję się niewidzialna, absolutnie transparentna.
Raz po raz powtarzam sobie a światu, powtarzam dla podtrzymania i obrony swojej, kobiecej w każdym calu, podmiotowości i tożsamości: „jestem kobietą”. Nieposiadanie dziecka nie redukuje ani nie unicestwia mojej kobiecości. Nie wyznacza jej ani nie wartościuje. Nie czyni gorszą ani wybrakowaną.
Powtarzam: „jestem kobietą”, ponieważ czuję się nią – nikt mi tego odczucia nie może odebrać, w jakikolwiek sposób podważyć czy jemu zaprzeczyć.
A że pożałuję jeszcze?
Niech tam – moje życie, mój wybór.
Opublikowane przez Aleksandra E. Banot kwi 2 2011 w rodzicielstwo, społeczeństwo, Top news. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.









