Kto się boi in vitro?
Magdalena Środa
Kto się boi in vitro? Kościół. Dlaczego? Bo nie lubi, by ktokolwiek interweniował w uprzywilejowane domeny Pana Boga, jakimi są „poczęcie” i „śmierć”.
Pan Bóg ma coraz mniej przywilejów w naszym świecie i coraz mniej może, więc nich mu chociaż poczęcie zostanie. I wara od tego. Różne domeny jego dawnych, swawolnych działań odebrała mu przemyślność ludzka, nauka i rosnąca w potęgę cywilizacja mężczyzn. No to kobiety sobie chociaż zostawi. Kiedyś Pan Bóg mógł znacznie więcej: zsyłał na ludzi plagi, kataklizmy, choroby, zbójników, cierpienie, nagłą śmierć, skazywał na impotencję, trąd i kalectwa, biedę i głód pocieszając ofiary wykwintną teodyceą (nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło na tym najlepszym z możliwych światów), lub – w zgodzie z ośmioma błogosłowieństwami – obiecywał raj i szczęśliwość wiekuistą tym większą, im więcej delikwent cierpiał za życia.
Ale ludzie – którzy są pełni pychy (a pycha jest, jak wiadomo, matką wszystkich grzechów) – sprzeciwiali się mu i najpierw wymyślili koło, potem pług, potem skalpel, potem aspirynę. Ba! Wbrew papieskim bullom zaczęli poznawać tajniki ludzkiego ciała, robić sekcje, eksperymenty i leczyć choroby. Nasz papież na przykład przeżył zamach i dożył sędziwego wieku nie tyle dzięki modłom, relikwiom, pielgrzymkom i Opatrzności Bożej a dzięki nauce i rozwojowi medycyny, przeciwko czemu wszyscy jego poprzednicy oponowali. Na szczęście dla nich – nieskutecznie. On również nie był w tym względzie postępowy i odmawiał papieskiego przyzwolenia nowym, genetycznym technikom medycznym, dzięki którym, jak się zdaje (w niewiedzy?), dożył lat których dożył, mimo mocno wycieńczonego organizmu.
Kościół nie godził się na sekcje zwłok, „otwieranie ciała”, operacje, transplantacje, no chyba, że akurat jakiemuś papieżowi siadło płuco, nerka czy serce, wtedy, prócz modłów, w których uczestniczył cały chrześcijański świat, posyłał po grzesznych medyków. I jak pomogło, mógł dalej potępiać rozwój medycyny i twierdzić ex cathedra, że to nie nauka, lecz wiernych modlitwa pomogła.
Pamiętam jak kiedyś jeden z zaprzyjaźnionych seksuologów opowiedział mi historię pewnego mężczyzny, który był impotentem. A jako, że jeszcze przy okazji był człowiekiem głęboko wierzącym i do tego uczonym katechetą , nie narzekał, nie interweniował, lecz z całą pokorą uznawał i błogosławił wolę Boga. Miał tylko jeden problem, który uczynił przedmiotem swoich gorliwych modłów. Mianowicie miał żonę, którą kochał i którą stale pożądał. W związku z tym modlił się by Bóg, skoro zabrał mu „moc”, zabrał mu jeszcze „wolę”. Bo uważał – i słusznie – za okrucieństwo wielkie, nie mieć „mocy” do seksu i być niszczonym przez niewygasłą wolę kochania i pożądanie seksualne. Bóg wszelako w tym przypadku był nierychliwy, lub po prostu nie chciał spełnić próśb naszego impotenta, może zresztą chciał go tak ukarać, a może poczuł się nie dość doceniony wielkością niedzielnych datków na tacę. Seksuolog, osobiście nic przeciwko panu Bogu nie mając, dość szybko zrozumiał, że nie będzie to wielka konkurencja, jak pomoże owemu katechecie i przywróci mu moc, skoro Bóg nie chciał odebrać mu woli. Posłał go na leczenie, które okazało się bardzo skuteczne. Mój znajomy seksuolog myślał, że lecząc z impotencji przyczyni się jednocześnie do oświecenia umysły katechety, przynajmniej w tym zakresie, w jakim bez grzechu mógłby korzystać on z osiągnięć nauki. Ale nie! Wyleczony pacjent nawet mu nie podziękował (było to jeszcze w czasach gdy terapia seksualna była bezpłatna), tylko przyszedł i z wielka radością oznajmił, że codziennie teraz dziękuje Bogu, że zamiast odebrać mu wolę, przysłał mu – w swej wielkiej dobroci – seksuologa, który przywrócił mu moc.
Światopogląd papieży i kościoła jest, jak się zdaje, podobnie skonstruowany. Ale dlaczego nie można by tego rozumowania rozciągnąć i na przypadki bezpłodności? I pokombinować jakoś tak: Bóg, z sobie wiadomych tylko powodów, odbiera kobietom i mężczyznom płodność (nie zabierając im ani woli ani mocy) ale jednocześnie, w swej wielkiej dobroci, dopuszcza istnienie lekarzy, którzy temu nieszczęściu zapobiegają i polityków, którzy na taki zabieg znajdują pieniądze? Kombinować można, ale nic z tego nie wynika. Dlaczego?
Może dlatego, że chce bóg doświadczyć pewnych ludzi w szczególny sposób. Nie dość więc, że czyni ich bezpłodnymi, to jeszcze, w kraju, w którym lud bogobojny, politycy strachliwi, a społeczność tradycyjna i wielce prorodzinna. Kobieta bez dzieci, a nawet bez męża jest tu jak okręt bez steru, ser bez dziur czy PO bez PiSu. Naciski są na nią wielkie, pomocy żadnej, cierpi rzeczywiście okrutnie, czyli tak jak pan Bóg chciał lub jego słudzy wyobrażają sobie żeby chciał (wszystko to oczywiście przy założeniu, że kobieta owa nie ma pieniędzy, bo jak ma pieniądze, to mimo bożego prawa i strachliwości polityków, in vitro sobie zafunduje).
Jest wiele świętych powodów, by państwo katolickie pieniędzy na in vitro nie dawało i wszelkie sofistyczne rozumowania w tym przypadku okazywały się zawodne. Podsumujmy i nie martwmy się więcej:
Po pierwsze: Pan Bóg zachowuje swą uprzywilejowaną i już ostatnią domenę: poczęcie należy do niego, Kościoła, sług bożych a nie do lekarzy czy kobiet.
Po drugie: Państwo robi oszczędności (na zabiegi trzeba rocznie ok. 30 mln zł.), które można z większym pożytkiem oddać na Świątynie Opatrzności, czy inny zbożny cel.
Po trzecie: Społeczność ochrania się przed bezeceństwem jakim jest grzebanie pincetą przy tym co święte.
Po czwarte: Ludzkość ochrania swoją godność przez ograniczanie narodzin istnień godności pozbawionych, bo z „próbówki” to nie „osoba” (taki Tusk czy Cymański, od razu widać, że z próbówką nie mieli nic wspólnego, Osobami są, a jakże, to widać i słychać i czuć).
Po piąte: Prawicowi posłowie (i rodzimi i euro parlamentarni) mają czym się dalej zajmować i nie muszą w związku z tym zdobywać żadnych kompetencji w innej dziedzinie.
Po szóste: Wzrośnie wartość i pożytek ze świętych relikwii służących leczeniu bezpłodności (ostatnio jedna taka, całkiem duża, krążyła po Wrocławiu; dobrze pilnowana, ma szansę dotrzeć nawet do Gdańska. W przeciwieństwie do klinik in vitro, relikwie mogą przemieszczać się).
Po siódme: Kościół wzbogaci się, bo może wprowadzić specjalne usługi w intencji naturalnej płodności kobiet polskich (prócz relikwii: cuda, posty, pielgrzymki, pokuty. Gotówką lub na raty).
Po ósme: Bezpłodne kobiety, jak stanowi Katechizm, zadowolić się mogą płodnością krzyża Świętego, tudzież pracą charytatywną na rzecz Kościoła i wszyscy na tym zyskają.
Po dziewiąte: Politycy odetchną, że wszelkie zarzewia konfliktów z Kościołem zażegnane, świątynie w budowie, relikwie krążą, za cuda opłaty pobrane a więc i stadiony na Euro zostaną poświęcone. Jak Bóg nakazał i Tusk wymodlił.
Po dziesiąte: Kobiety pozostaną pod dalszą kontrolą i nauczą się, że ich płodność jest domeną pana Boga, mężczyzn i rządzących partii, a nie własną.
I tak nam dopomóż Tusk.
Opublikowane przez Magdalena Środa sty 13 2011 w polityka, społeczeństwo, Top news, zdrowie / uroda. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.









