The text you want to show on mouse roll-over

O kongresie z perspektywy

Agnieszka Graff

Pani Agnieszko, ja wychodzę! Mam dość tej akademii! Nie po to się tłukłam przez pół Polski, żeby słuchać jak Ważne Panie mówią do mnie z Wielkiej Sceny! Co wyście z tym Kongresem zrobiły!? To miała być demokratyczna impreza!. Chciałam spytać, co konkretnie ją tak wkurzyło. Odpowiedzieć, albo chociaż wymigać się od odpowiedzialności. Nie zdążyłam. Wykrzyczała swój żal i poszła w miasto. Nie mam pojęcia kim i skąd była. Nie pamiętam twarzy, tylko burzę włosów. I własny dyskomfort. Mętne poczucie, że coś jest na rzeczy, że coś ważnego nam się nie udało.

Zanim wyjaśnię dlaczego nie jest dobrze, powiem dlaczego nie jest źle. Po pierwsze: nadal istniejemy. To nie był jednorazowy babski event – to jest coś trwałego. Coś, co się zapisze w historii. Po drugie: istniejemy w ludzkiej wyobraźni. Raz po raz słyszy się w mediach, że Kongres to, a dzięki Kongresowi tamto. Ostatnio czytałam, że znacznie więcej kobiet niż zwykle startuje w wyborach samorządowych i że Kongres się do tego przyczynił. Po trzecie: dzięki nam rozmaite ważne osoby i instytucje zaczęły serio trak­tować kwestię kobiet w polityce. Donald Tusk doznał parytetowego olśnienia w Indiach, ale nikt chyba nie wątpi, że Konges ma z tym coś wspólnego. Nasz sukces to nie tylko paki z podpisami pod projektem ustawy o parytetach, które przy biciu bębnów zanio­słyśmy do Sejmu. Do historii Kongres przejdzie moim zdaniem dzięki czemuś bardziej ulotnemu: oto słowa „równość” i „parytet” przestały w Polsce brzmieć obco i śmiesznie.

Jestem w kłopotliwej sytuacji – poproszono mnie o głos szczery i krytyczny. A ja nie lubię mówić źle o Kongresie. Boję się cenzury – mojej wewnętrznej, broniącej honoru wszystkiego, co prokobiece. Skoro się jednak zgodziłam, to powiem otwartym tekstem. Kobieta, która wygarnęła mi pod Salą Kongresową, nie była wariatką. Nie jest też wyjątkiem. Podobnych wypowiedzi (choć mniej wkurzonych) usłyszałam potem wiele. Pierwszy Kongres wprowadził masę kobiet w euforię, wniósł ferment i nadzieję, urealnił kobiety w polskim życiu publicznym. Drugi nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W tym roku coś nie zagrało, albo zagrało fałszywie.

Może tak musi być, że „ten pierwszy raz” jest nie do przebicia, bo rządzi nim logika miłosnego zrywu, a dalej jest już żmudna praca, polityczne kompromisy i nieuchronna szczypta nudy? Mechanizmy działania w grupie są przewidywalne: początkowa jedność i entuzjazm ustępują miejsca znużeniu. Znaczna część osób po ludzku zawodzi, zapo­mina, rozleniwia się. Wśród tych, co wytrwali, dochodzą do głosu konflikty, a ci, co odeszli, stoją z boku, recenzują. I często mają żal: że nie tak miało być, że zostali „zmar­ginalizowani” i „wykluczeni”, że ich nie wysłuchano, a decyzje podejmowano bez nich. Procedury demokratyczne okazują się ciężarem. Jak tu debatować skoro na zebranie przychodzi tylko garstka, a ci co nie przyszli mają za złe? Więc się procedury ogranicza, omija. Aż z demokracji zostaje fundacja, zarząd, rada, etaty i biuro. Notka dla prasy i informacja rozsyłana okólnikiem po „szeregowych członkach”. W dobie internetu są to już tylko szeregi adresów mailowych.

Nie jest to specyfika kobieca – tak mają i ekolodzy i ruchy na rzecz praw rozmaitych mniejszości. Podobnie bywa z partiami politycznymi. Jest pomysł, jest zryw i faza entu­zjazmu i spontanicznego działania, gdy wszystko wydaje się możliwe. A potem zmęcze­nie, wypalenie, frustracja, konflikty. Wreszcie rozpad lub… profesjonalizacja. Czy da się z tym coś zrobić? Wiele zależy od tego, jak ten proces przebiega. Jak długo uda się utrzy­mać stan radosnego entuzjazmu? Na ile formalizacja okaże się skostnieniem? Czy uda się wypracować otwarte formy komunikacji wewnątrz ruchu? Czy aktywistki obrażą się na te, co pojawiają się tylko od święta, czy znajdą dla nich formułę działania? Czy „elita” zacznie podejmować ważne decyzje za plecami reszty? Czy mimo formalizacji działań, zostanie w ruchu atmosfera wspólnoty, wzajemnego szacunku, przyjaźni? Siostrzeństwa?

Mam wrażenie, że w Kongresie – rozumianym i jako ruch i jako doroczne wydarzenie – te procesy przebiegły… jak by to ująć żeby nikogo nie urazić? Zbyt szybko? W sposób niekontro­lowany i nieprzemyślany? Poległyśmy jako ruch społeczny, nie stworzyłyśmy mechanizmów autentycznej partycypacji. Strona internetowa to za mało. Powstało Stowarzyszenie otwarte na nowe członkinie, ale nikt nikogo nie zachęca do przystąpienia do organizacji zwanej Kongresem Kobiet. I Kongres Kobiet dał uczestniczkom wielkie parytetowe zadanie, co wywołało falę aktywności. Ale kiedy przybyły na drugi, obsadzono je w roli biernych słuchaczek.

Jest też bolesna sprawa upartyjnienia Kongesu. Pojawienie się jednego z kandydatów, jego długie przemówienie, udzie­lenie mu poparcia w drugiej turze wyborów – dla wielu z nas to były rzeczy niewybaczalne. Nie dlatego, że chodziło o PO i Komorowskiego, ale dlatego, że jego nominacja na pupilka Kongresu odbyła się bez naszej zgody i wiedzy. Złamano zasady demokracji i jawności. Zlekceważono jedną z kluczo­wych zasad funkcjonowania Kongresu – jego apolityczność, rozumianą jako niełączenie się z żadną partią polityczną. Rozumiem intencje, bo rozumiem emocje. Sama mniej więcej w tym samym czasie tak się przestraszyłam powtórki z IV RP, że napisałam odezwę do środowisk lewicowych, żeby poparły Komorowskiego. Ale takich rzeczy się nie robi w cudzym imieniu.

A Kongres jako wydarzenie… Uff, czy odważę się to powie­dzieć? A niech tam. Był on – przynajmniej w części plenarnej – nudnawy. Mówiono ważne rzeczy, czasem mówiono ciekawie i z ogniem. Jednak pozostał efekt ogólny: Ważne Panie (i paru panów) z Dużej Sceny gada do milczącej widowni. Zgubiły nas panele – drętwa formuła przeniesiona żywcem ze świata nauki. Brak czasu na dyskusję to przepis na alienację. Nic dziwnego, że wiele kobiet odpadło. Dla uczestniczek nie było jasne, skąd się wzięłyśmy i dlaczego tak długo do nich mówimy, a nie chcemy ich słuchać. Ktoś powie, że Sala Kongresowa jest kiepską prze­strzenią do otwartej debaty. Ale skoro tak, to może należy zmie­nić salę i zacząć rozmawiać?

Nie wiem, czy moja rozgoryczona rozmówczyni na dobre pożegnała się z Kongresem, czy poszła w miasto, ochłonęła, po czym wróciła. Może następnego dnia zabrała głos podczas jed­nej z kameralnych i otwartych dyskusji tematycznych? Może poczuła tam powiew kobiecej demokracji? Może teraz startuje w wyborach samorządowych? Jej gniew i rozczarowanie uświa­domiły mi pewną gorzką prawdę: Kongres zmarnował istotny potencjał kobiecego zapału, gotowości do działania. Czy da się te straty odrobić? Czy potrafimy? Czy chcemy? Piszę my po namyśle, z pewnym wahaniem, ale przecież nadal czuję się czę­ścią Kongresu. I wciąż wiążę z nim wielkie nadzieje.


Opublikowane przez mar 2 2011 w gender / feminizm, społeczeństwo, Top news. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.

Możliwość komentowania tylko dla zalogowanych. Login/Rejestracja

PUBLICYSTKA

Agnieszka Graff

- Kulturoznawczyni związana z Ośrodkiem Studiów Amerykańskich oraz programem Gender Studies Uniwersytetu Warszawskiego (prowadzi zajęcia o literaturze, filmie i historii feminizmu). Członkini zespołu Krytyki Politycznej, współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 marca. Obecna na wszytkich Manifach; aktywna w Kongersie Kobiet od początku jego istnienia. Autorka trzech książek: „Świat bez kobiet” (2001, 2004), „Rykoszetem” (2008) i „Magma” (2010). Jej artykuły, felietony oraz teksty publicystyczne poświęcone kwestiom kobiecym i mniejszościom seksualnym, kategorii narodu, a także roli Kościoła katolickiego w Polsce ukazują się m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Wysokich Obcasach”, „Krytyce Politycznej”, „Dziecku”, „Dialogu”, „Znaku” i „Przekroju”. Publikowała też teksty w Feminist Studies i Public Culture.

Ostatnie artykuły Autorki


The text you want to show on mouse roll-over

The text you want to show on mouse roll-over

The text you want to show on mouse roll-over



Wykonanie Ewa Modlinger Modlinska
Prawa autorskie © femPRESS