O równości, kusej demokracji i biegu z przeszkodami
Magdalena Środa
Dwa wieki po amerykańskiej i francuskiej rewolucji i prawie sto lat po uzyskaniu przez Polki praw wyborczych, uczestnictwo kobiet w sferze publicznej jest niewielkie. I niezmienna pozostaje zależność: im więcej władzy, prestiżu i pieniędzy – tym więcej mężczyzn, a im więcej pracy, biedy i obowiązków – tym więcej kobiet. Wiele politycznych ciał (jak senat), media czy konferencje ciągle przypominają watykańskie konklawe: sami mężczyźni.
Taki układ ustrojowy nie jest demokracją, lub jest „demokracją z przymiotnikiem” czyli „demokracją falliczną”, „okrojoną”, „niepełną” lub po prostu „kusą”. Już od dawna widać, że ta „kusość” odsłania dyskryminację kobiet i feudalne relacje w sferze prywatnej, ale w polskim społeczeństwie ciągle istnieją polityczne siły i znaczące autorytety, które kusości nie dostrzegają i satysfakcjonuje je to, że sfera publiczna jest wolno dostępna dla mężczyzn, natomiast kobiety, by ją osiągnąć, muszą startować do biegu z przeszkodami.
W kusej demokracji również sfera prywatna znajduje się poza zasięgiem demokratycznych dobrodziejstw; nie ma w niej równości (tylko zależność kobiet od mężczyzn), nie panują w niej zasady sprawiedliwości retrybutywnej (nie ma więc kar za przemoc) ani dystrybutywnej (nie ma wynagrodzenia za pracę). Te feudalne czy – jak wolą niektórzy – „naturalne” stosunki w sferze prywatnej oparte są na tradycyjnym zestawie ról, zależności i zwyczajów: kobieta siedzi w domu, wychowuje, sprząta, wykonuje bezpłatną pracę na rzecz domowników, nie czekając na żadną rekompensatę, nie ma też z tego tytułu żadnego prestiżu, a porzucona przez męża – ogólnie „radzi sobie”. Radzi sobie sama, bo państwo jej w tym nie pomoże. W kusej demokracji państwo jest jak mąż po rozwodzie: niewidoczne i niewypłacalne.
W kusej demokracji kobiety mają równość formalną, choć lepiej mówić „deklaratywną”, ale z pewnością nie realną. Często kwestię równości płci kwituje się stwierdzeniem, że przecież kobiety i mężczyźni mają równe prawa. Ale to nieprawda. Prawa, które są niezgodne z nauką Kościoła a więc prawo do aborcji, edukacji seksualnej, refundacji zabiegów in vitro, Polkom nie przysługują. A poza tym, równe prawa nie oznaczają równych możliwości.
Trzeba pamiętać, że równość „formalna” (czyli legalna) nie jest tym samym co równość „rzeczywista” czyli równość statusu, równość szans. Po to by osiągnąć równość rzeczywistą trzeba niekiedy traktować tych, którzy znajdują się w gorszym położeniu nie z własnej winy, w sposób „nierówny”, to znaczy uprzywilejowany, poprzez jakieś mechanizmy, które wyrównywanie szans przyśpieszają. Takim mechanizmem są zasady polityki afirmatywnej, kwoty i parytety. Takimi mechanizmami są też żłobki i przedszkola, system zdywersyfikowanej opieki, który umożliwia osobom wychowującym dzieci łatwe łączenie obowiązków rodzinnych z pracą zawodową, pasją czy innymi sposobami samorealizacji. Postulat równości jest wpisany we wszystkie konstytucje, dokumenty ONZ oraz europejskie. W traktacie fundującym UE znalazł się on w formie obietnicy: „zniesienia nierówności oraz wspierania równości kobiet i mężczyzn” na wszystkich szczeblach życia publicznego i w życiu prywatnym. Co najmniej pięć z europejskich dyrektyw wyraźnie wskazuje na konieczność niwelowania nierówności na rynkach pracy, w zatrudnieniu, nauce, polityce, w życiu publicznym. Ustawy wielu krajów wprowadzają zasady równości (kwoty) w procedury wyborcze i do konkursów na stanowiska zarządzające. Też musimy to robić. Ale nie robimy, bo mamy – z woli Tuska – minister Radziszewską. Ona też jest zwolenniczką „kusej” demokracji, bo taka podoba się Kościołowi.
Na czym polega ów równościowy bieg kobiet z przeszkodami, którego obserwatorzy co i rusz wykrzykują: „Kobiety sobie poradzą!”? Odpowiedzi jest kilka:
Kobiety mają prawo do pracy, ale…
Ponad 6 mln kobiet pozostaje poza rynkiem pracy, praca domowa nie jest opłacana, w sferze publicznej kobiety trudniej uzyskują pracę niż mężczyźni, ale znacznie łatwiej ją tracą. Jest ich dużo w zawodach sfeminizowanych, które charakteryzują się tym, że są niskopłatne. A są niskopłatne, bo pracują w nich kobiety. Państwo niewiele robi, by wspierać pracę zawodową kobiet, brak infrastruktury opiekuńczej (żłobków i przedszkoli), bo kolejne rządy wierne są hasłu: „Kobiety i tak sobie poradzą”.
Kobiety mają prawo do równych z mężczyznami zarobków, ale…
Dysproporcje między zarobkami rosną a nie maleją, w tej chwili w Polsce kobieta o takim samym stażu pracy i takich samych umiejętnościach zarabia przeciętnie o 17% mniej niż mężczyzna. Tylko dlatego, że jest kobietą. Kobiety mają niższe emerytury, nie tylko dlatego, że idą na nie wcześniej i że w ogóle mniej zarabiają, ale dlatego, że dodatkowo „zubażają” się biorąc urlopy wychowawcze.
A państwu polskiemu zależy na dzietności głównie w pięknie brzmiących deklaracjach, a nie w rozsądnej polityce społecznej. No ale przecież kobiety bez polityki socjalnej i tak sobie poradzą.
Kobiety mają prawo do edukacji, ale…
Prawo to nie przekłada się na późniejsze oferty pracy (kobiety są w Polsce znacznie lepiej wykształcone niż mężczyźni, ale ponieważ są kobietami ich edukacja nie przekłada się na ich atuty na rynkach pracy). Wykształcenie kobiet nie przekłada się też na stanowiska kierownicze, ani na kariery zawodowe. Bywa też, że pod wpływem rosnącego w siłę polskiego tradycjonalizmu, biedni rodzice wolą posłać na studia chłopca niż dziewczynkę, bo dziewczynka to „zmarnowane” pieniądze (wyjdzie za mąż, lub mimo wykształcenia i tak znajdzie pracę mniej intratną od mężczyzny). Na uczelniach widać coraz więcej kobiet, ale są one „wytrącane” z karier gdy dochodzi do doktoratów czy habilitacji. Macierzyństwo staje w wyraźnym konflikcie z karierą naukową, a uczelnie nie mają żadnego pomysłu jak temu zaradzić. Wykształcenie kobiet i ich kariery naukowe nie przekładają się na stanowiska decyzyjne: nauką i projektami zarządzają niemal wyłącznie mężczyźni. Pod ich władzą kobiety w nauce sobie poradzą.
Kobiety mają równe prawo do zajmowania stanowisk kierowniczych, ale…
Tylko 2% kobiet zajmuje wysokie stanowiska menadżerskie. W Polsce i na świecie doskonale znane i stale obecne są zjawiska: szklanego sufitu, lepkiej podłogi (dla kobiet) i szklanych ruchomych schodów (dla mężczyzn) czyli kobieta nie może zrobić kariery (dostać awansu, stać się samodzielnym lub decyzyjnym pracownikiem) tylko dlatego, że jest kobietą, a mężczyzna ‒ awansuje, jest pracownikiem, w którego się inwestuje ‒ tylko dlatego, że jest mężczyzną. Kobiety sobie radzą zaniżając własne ambicje.
Kobiety mają równe prawo do odpoczynku, ale…
Mało jest kobiet, które po wyjściu z pracy odpoczywają w domu. Muszą bowiem zajmować się tym, czego nie lubią mężczyźni. Kobiece domowe krzątanie się, opieka nad dziećmi czy osobami starszymi, mimo że angażuje dziesiątki umiejętności i mnóstwo nienormowanego czasu nie jest gratyfikowane, nie posiada społecznego prestiżu ani nawet autorytetu wśród samych dzieci. Kobieta skazana wyłącznie na prace domowe jest do śmierci swojego męża lub rozwodu, zależna od jego woli, a ta bywa kapryśna. W przypadku jego odejścia, państwo jej nie pomaga: alimenty mają niską ściągalność i nie ma żadnego systemu pomocy socjalnej dla matek, które są na emeryturze. Bo – jak twierdzą wszystkie polskie rządy – „kobiety sobie i tak poradzą”.
Kobiety mają prawo do bezpieczeństwa, ale…
To kobiety są przede wszystkim ofiarami przemocy, przedmiotem handlu (to zjawisko staje się coraz poważniejsze) to one są bite, gwałcone w domach, wreszcie molestowane i mobbingowane w pracy. To kobiety są ofiarami przemocy nie tylko fizycznej i seksualnej, ale i ekonomicznej, psychologicznej, politycznej, kulturowej, symbolicznej. Premier Tusk zrobił ostatnio spektakularną akcję przeciwko dopalaczom, czy doczekamy się kiedyś takiej akcji przeciwko handlowi kobietami i przemocy domowej? Po co? Kobiety, bite czy nie bite „sobie poradzą”.
Kobiety mają prawo do udziału we władzy politycznej, ale…
Ale nie biorą w niej w pełni udziału. Mimo obecności garstki kobiet w parlamencie i we władzach politycznych – „kobiece” problemy nadal są marginalizowane. By zrobić karierę w polityce lepiej dostosować się do męskich priorytetów, czyli zająć się sportem, korupcją, wojskowością, ekonomią. W wielkiej polityce tak zwane kwestie „kobiece” a więc sprawy edukacji, opiekuństwa, polityki socjalnej, przemocy, troski o ludzi starych, usług ani też prawa reprodukcyjne – nie są obecne, a posłowie i posłanki, którzy się nimi zajmują, z reguły są marginalizowani. Dlatego tak niezbędne są mechanizmy wspierające kobiety w pokonywaniu barier politycznej partycypacji. Bez zmiany woli politycznej nie będzie zmiany politycznych priorytetów.
Jak mówią teoretycy: „Jeśli jakąś grupę wyklucza się wystarczająco długo z jakiegoś przedsięwzięcia, to mamy prawie 100% szansy na to, że reguły tego przedsięwzięcia rozwiną się w taki sposób, że owa grupa nie będzie do nich dostosowana”. Kobiety nie są dostosowane do polityki, polityka nie jest dostosowana do kobiet. I tu już nie ma co słuchać, że „i tak sobie poradzimy”, bo wystarczy „chcieć”, „mieć kompetencje” etc. Nie wystarczy.
Bez zrównoważonego udziału kobiet demokracja pozostanie kusa. I nie chodzi tu o przywileje kobiet, tylko o stan równowagi. Chodzi o równowagę sił, głów i pomysłów, tak ważną w rządzeniu i podejmowaniu decyzji.
Tragicznie zmarła Izabela Jaruga-Nowacka zwykła mawiać, że nie wygra meczu drużyna, której połowa zawodników siedzi na ławce rezerwowych. Demokracja bez kobiet to mniej niż połowa demokracji, zwykły mawiać feministki. Wprowadzenie mechanizmu parytetów w tym kontekście nie ma charakteru politycznego. To projekt cywilizacyjny.
Opublikowane przez Magdalena Środa sty 23 2011 w gender / feminizm, polityka, Top news. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.









Właśnie o takiej postawie (pani Beata), powyżej napisała „chryzopraz”.
Pani Beato, czytam i nie wierzę, że czytam to, co napisane. Gdzie Pani się uchowała, pozazdrościć życia w innym wymiarze.
Pozdrawiam
Cytat: „Na uczelniach widać coraz wię¬cej kobiet, ale są one „wytrącane” z karier gdy dochodzi do doktoratów czy habilitacji.”
Na których uczelniach? Czy także na tej, na której Pani jest profesorem i wykładowcą? Oj, przepraszam: profesorką i wykładowczynią?
Cytat: „Mało jest kobiet, które po wyjściu z pracy odpoczywają w domu. Muszą bowiem zajmować się tym, czego nie lubią mężczyźni. Kobiece domowe krzątanie się, opieka nad dziećmi czy osobami starszymi, mimo że angażuje dziesiątki umiejętności i mnóstwo nienormowanego czasu nie jest graty¬fikowane, nie posiada społecznego prestiżu ani nawet autory¬tetu wśród samych dzieci. Kobieta skazana wyłącznie na prace domowe jest do śmierci swojego męża lub rozwodu, zależna od jego woli, a ta bywa kapryśna.”
Absolutna większość mężów, jakich znam, pomaga w domu. Fakt, trzeba czasem o to kilka razy poprosić, jak małe dziecko, ale to robią. Zmywać nie lubi ani mój mąż, ani ja. Ale czasem zmywamy. Raz robię to ja, innym razem on. Dlaczego Pani uważa, że czynności domowe nie posiadają prestiżu i autorytetu wśród dzieci? Czy Pani dzieci patrzyły na Panią z pogardą wtedy, gdy zmywała Pani naczynia?? Ja i bardzo, bardzo, bardzo wiele kobiet, jakie znam, NIE CZUJE SIĘ ZALEŻNA OD WOLI SWOJEGO MĘŻA LUB PARTNERA! Czy Pani się tak czuje?
Cytat: „W kusej demokracji również sfera prywatna znajduje się poza zasięgiem demokratycznych dobrodziejstw; nie ma w niej równości (tylko zależność kobiet od mężczyzn), nie panują w niej zasady sprawiedliwości retrybutywnej (nie ma więc kar za przemoc) ani dystrybutywnej (nie ma wynagrodzenia za pracę). Te feudalne czy – jak wolą nie¬którzy – „naturalne” stosunki w sferze prywatnej oparte są na tradycyjnym zestawie ról, zależności i zwyczajów: kobieta siedzi w domu, wychowuje, sprząta, wykonuje bez¬płatną pracę na rzecz domowników, nie czekając na żadną rekompensatę, nie ma też z tego tytułu żadnego prestiżu, a porzucona przez męża – ogólnie „radzi sobie”. Radzi sobie sama, bo państwo jej w tym nie pomoże. W kusej demokracji państwo jest jak mąż po rozwodzie: niewi¬doczne i niewypłacalne.”
To wszystko bzdura! O jakich feudalnych stosunkach Pani pisze? W Arabii Saudyjskiej te stosunki są feudalne, Polska to nie Arabia Saudyjska! Czy Pani się coś nie pomyliło??
Po udziale w spotkaniu z przedstawicielkami Kongrseu Kobiet na festiwalu Progessteron próbowałam tłumaczyć o co chodzi w walce o parytet teściowej, ciociom i mężowi.
Najszybciej zrozumiał mąż. Może my same rzucamy sobie kłody pod nogi? Nie potrafimy się tak wspierać, kryć jak mężczyźni. Rywalizujemy i jesteśmy zawistne.Mam wrażenie, że mężczyźni ciągną się nawzajem w górę, wchodzą w układy Ja -Tobie, Ty- Mnie. Kobiety rzadko tak postępują. A w polityce zdaje się tak trzeba.