Parytety to partnerstwo
Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwna parytetom i postrzegałam je jako sztuczny twór, do tego niemożliwy do zrealizowania. Patrzyłam wtedy nie dalej niż na przysłowiowy czubek własnego nosa.
Świadomość indywidualną poszerzamy za sprawą naszej wiedzy i doświadczenia. Jest ona w niezbędnym do przeżycia zakresie nabywana samoczynnie w trakcie naszego życia i rozwoju. Świadomość społeczną nabywamy przez spojrzenie dalej niż tylko na czubek własnego nosa. O ile pierwsza przypisana jest jednostce z samej racji bycia człowiekiem, o tyle druga wymaga od nas empatii i nieco więcej wysiłku w rozwoju własnym.
Parytety przynależą do sfery świadomości społecznej. Dotyczą one nie tylko samej jednostki, ale grup społecznych, jakimi są kobiety i mężczyźni. W takim samym stopniu wpływają na życie, postawy i świadomość jednych, jak i drugich. Zmieniają panujące stosunki społeczne, dostosowując je do wyzwań współczesności. Wymagają takiego samego zaangażowania jednej i drugiej strony, bo partnerstwo, które jest podstawą parytetów to nie tylko równy podział obowiązków, stanowisk czy miejsc na listach. To również wsparcie partnerki czy partnera w samorealizacji, empatia połączona ze zdrowym egoizmem. Nieszczęśliwa samorealizująca się kobieta czy mężczyzna to żadna frajda ani model do jakiego należy dążyć.
Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwna parytetom i postrzegałam je jako sztuczny twór, do tego niemożliwy do zrealizowania. Patrzyłam wtedy nie dalej niż na przysłowiowy czubek własnego nosa. Byłam w zarządzie krajowym Partii Demokratycznej. Bardzo szybko awansowałam w strukturach partii. Wszystko szło jak z płatka. Więc jeśli mi się to udawało, to dlaczego inne kobiety miałyby mieć z tym problem? Od wielu lat w partii funkcjonowały kwoty, które zostały sformalizowane na poziomie 35%, kobiety nie były dyskryminowane i wszyscy uważali, że wszystko jest ok, a parytety są zwyczajnie nie do zrealizowania, bo nie ma tylu kobiet i wcale nie rwą się one do władzy. A te co chcą, dają sobie radę bez nich. Czego byłam najlepszym przykładem.
Jednak kiedy zaczęłam się temu bliżej przyglądać nie tylko z perspektywy własnego siedzenia, ale rozglądając się szerzej i dalej, okazało się, że to wcale nie jest takie oczywiste, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Kobiety faktycznie nie rwą się do władzy ani do wstępowania do partii czy organizacji pozarządowych, ale nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że nie mają na to czasu ani pieniędzy. Mają za to pięknie zaspawane pasy konserwatywnej cnoty i ról społecznych. Mężczyźni wcale nie muszą się wysilać, żeby nie dopuszczać kobiet do władzy. One same się pilnują żeby mężczyzna nie utracił swojej uprzywilejowanej pozycji. Pilnują też innych, żeby nie poszły za daleko, bo to może grozić konkurencją, utratą przychylności pana i władcy, a przede wszystkim zburzyć ich przekonania i status quo. Zmiana świadomości wiąże się bowiem również z przyznaniem, że w pewnych kwestiach nie miało się racji. A to już wymaga dojrzałości. Najlepszy przykład to minister Radziszewska, która jest przeciwniczką parytetów, a z woli wszechwładnego Tuska została namaszczona na tą, która ma bronić równego traktowania. I broni mężczyzn przed wstrętnymi feministkami, które chcą im zabrać władzę. Szkoda, że pani minister nie pamięta, że ma swoje stanowisko i w ogóle, że może pracować zawodowo, dzięki walczącym sto lat temu feministkom. To musiały być widać potwory nie kobiety, skoro tak bardzo zostały wymazane z pamięci pani minister od równego traktowania.
Zaangażowanie się w działalność partyjną czy społeczną wymaga wolnego czasu, a tego w przeciwieństwie do mężczyzn kobiety mają mniej, o ile go w ogóle mają. Muszą się zajmować nie tylko domem i dziećmi, ale i swoimi mężczyznami, którzy dzięki temu mają czas na zajmowanie się swoimi sprawami, rozwijanie swoich zainteresowań i realizowanie swoich ambicji. Gdzie w tym czasie są ich kobiety? Przygotowują im ciepły obiad i sprzątają dom, aby strudzony po ciężkich bojach mężczyzna mógł się pożywić i odpocząć w miłym otoczeniu. Kto by chciał z takiej sielanki rezygnować na rzecz partnerstwa? Jest więc prawdą, że parytety wywracają do góry nogami konserwatywny porządek społeczny.
Parytety spowodują, że partie czy inne gremia będą musiały zachęcić kobiety do wyjścia z domu, a tym samym obsługiwani przez te kobiety mężczyźni będą musieli się usamodzielnić i przejąć część obowiązków od swoich żon – w zamian oddając im część przywilejów i czasu na ich samorealizację, hobby czy częstsze pójście do fryzjera i kosmetyczki. To jest właśnie partnerstwo – równy podział obowiązków i przywilejów z poszanowaniem siebie i drugiej strony. Na konserwatywnych i niedojrzałych mężczyzn słowo to działa jak święcona woda na diabła. Może dlatego tak bardzo Kościół Katolicki jest zaangażowany w obronę tradycyjnej rodziny. Bo raz, że walka z diabłem to ich domena, a dwa – władza w Kościele Katolickim, jak nigdzie indziej, jest od dwóch tysięcy lat w 100% w rękach mężczyzn. Parytety nie tylko łamią ład społeczny, ale uderzają w fundamenty tej najstarszej i świetnie prosperującej instytucji.
Zaangażowanie w działalność pozazawodową oprócz czasu wymaga również pieniędzy. A tych kobiety również mają mniej. Statystycznie mniej zarabiają od mężczyzn – nawet na tych samych stanowiskach pracy. To również głównie na kobiety po rozstaniu z mężczyzną spada obowiązek wychowania dzieci i utrzymania domu. Mężczyzna pozostaje wolny i z pieniędzmi – często nie do wyegzekwowania. Kiedy kobieta osiągnie już wiek dojrzały, a wcześniej zajmowała się tylko domem, mężem i dziećmi – była menadżerem domowym, jak to ładnie nazwała żona Bronisława Komorowskiego – okazuje się, że ma problemy z wejściem lub powrotem na rynek pracy. Kiedy staje się jeszcze starsza, okazuje się, że emerytura niekoniecznie starcza na utrzymanie lub jej wcale nie ma. Menadżer domowy niestety nawet nie jest zawodem z szarej strefy, bo oprócz tego, że nie ma opłacanych składek na ZUS, to i nie zarabia. Ale żeby nie było tak pesymistycznie, nie wszystkie kobiety się rozstają z partnerami czy partnerkami. Niektóre są szczęśliwe żyjąc u boku mężczyzny i korzystając z jego pieniędzy. Zajmują się domem, dziećmi i w tym się samorealizują. Ale te kobiety również nie zajmą się działalnością społeczną ani polityką, no chyba, że domową lub na „koszt męża” będąc jego najbliższym doradcą.
Za sprawą Kongresu Kobiet parytety zaczęły się przedzierać do świadomości społecznej. Badania pokazują, że ponad 60% kobiet i mężczyzn jest za wprowadzeniem parytetów na listach wyborczych. Jednak o ile w każdej innej dziedzinie politycy traktują sondaże jak wyrocznię, o tyle w tej starają się złożyć na ołtarzu tłumu wątłego osła, wmawiając że to pełnokrwisty byk. Robią wszystko aby nie wprowadzać parytetów, a jednocześnie zaspokoić sondażowe zapotrzebowanie. Chcą zjeść ciastko i mieć ciastko.
Parytety stały się politycznie modne. Nie są one dla polityków jednak tym co sama nazwa wskazuje – połową – ale 35% jest już dla nich parytetowe. Albo są tak mało wymagający, albo nie potrafią liczyć. Ani jedno, ani drugie nie wystawia im dobrej opinii. Ale próbują. Co prawda tylko na tyle, na ile im się to opłaca. Ale zawsze to coś. Wszystkie ugrupowania parlamentarne są przeciwne parytetom. Proponują w ich miejsce 35% kwotę. Prace nad projektem ustawy parytetowej, liczącej niespełna dwie strony, przeciągają się od grudnia ubiegłego roku, kiedy to Kongres Kobiet złożył do sejmu obywatelski projekt, pod którym podpisało się ponad 150 tysięcy osób. Te sondaże jednak nie dają partiom spokoju, więc zarówno PO jak i SLD prześcigają się w hasłach wyborczych i roszadach partyjnych kobietami.
Zbliżają się wybory samorządowe. Z jednej strony środowiska kobiece zachęcają kobiety do startu w nich. Z drugiej partie polityczne reklamują się umieszczaniem kobiet na swoich listach wyborczych. Jedne i drugie działania są potrzebne, jednak dopóki nie będzie wprowadzonego parytetu, który zmusi partie polityczne i rządzących do zachęcenia kobiet do polityki oraz wymusi prorodzinną politykę społeczną, promującą partnerstwo (żłobki, przedszkola, równe wynagrodzenia, ulgi na dzieci, obowiązkowe urlopy tacierzyńskie, skuteczna ściągalność alimentów), jeśli same nie zaczniemy głosować na kobiety na listach wyborczych – działania jednej i drugiej strony będą niczym oranie tradycyjnego, konserwatywnego ugoru dziecinną łopatką.
Opublikowane przez Marzena Chińcz sty 23 2011 w gender / feminizm, polityka, Top news. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.









