„U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki…”
I filcują sobie kolorowe kuleczki. Sierpniowe południe w Gdyni, trzy kobiety, trzy kubki ze świeżo zaparzoną kawą. Stolik, na nim kilka motków czesanki wełnianej, pojemnik z wodą, mydło. Wokół – szafki, na których piętrzą się artykuły do decoupage, na ścianach wiszą filcowe cuda. Za oknem ruchliwa ulica, w środku – spokój i skupienie. Dorota krok po kroku wprowadza nas w tajniki filcowania kwiatów. Najważniejsza jest cierpliwość i wyczucie, wyobraźnia. Tu nie da się niczego obliczyć, odliczyć i wymierzyć linijką. Nie jest to zajęcie dla perfekcjonistów. Raczej dla tych, którzy nie lubią trzymać się sztywnych ram – otwartych na niespodzianki efektu końcowego. Dla tych, którzy spokojnie, acz uparcie będą wydobywać kształt z kępki wełny.
Na myśl przychodzą mi dawne, prawie baśniowe spotkania kobiet, podczas których starsze dzieliły się z młodszymi wiedzą. Nauczały, pocieszały, przygotowywały do życia w nowym, nieznanym, dorosłym świecie. Albo po prostu były ze sobą, z różnych przyczyn z dala od świata mężczyzn. Tworzące dla siebie bezpieczną przestrzeń. Obecnie, jak grzyby po deszczu, wyrastają kręgi kobiet, spotkania, wspólne wyjazdy. Cieszę się, że powoli odbudowuje się więź między pokoleniami, między kobietami. Powraca pragnienie i potrzeba czerpania wiedzy od tych bardziej doświadczonych, tych „wiedzących” – nazywanych też „wiedźmami”.
Ciągle wspominam „międzypokoleniową” rozmowę gdzieś w górach. Ona: Matka i Żona, Nauczycielka, Kobieta, Ja: ? Kobieta na pewno! Rozmawiałyśmy o tzw. Życiu. Kobieta w wieku mojej Mamy opowiadała mi o swoich problemach małżeńskich, ja o swoich rozterkach związanych z przyszłością. Rozterkach, które niedługo będzie pewnie miała również jej córka. Takie spotkania i rozmowy pomagają uniknąć pewnych błędów, z popełnionych zaś – wyciągnąć wnioski. Mnie dają poczucie bezpieczeństwa. Pozwalają odczuć, że nie idę samotnie trudną ścieżką dorosłości/ kobiecości i że droga ta potrafi być tak piękna i wspaniała.
Przy okazji spotkania z przyjaciółmi – radosnego, entuzjastycznego, wytęsknionego zaczęliśmy sobie przypominać i śpiewać różne przyśpiewki ludowe. Część z nich urywała się po kilku wersach, w innych wymykała się nam melodia. Uświadomiłam sobie wtedy, że wiele z nich śpiewała mi moja Babcia. I że w czasach Jej młodości miały one rzeczywiście sens, niosły treści wychowawcze, opowiadały realne historie i straszyły, „co by było, gdyby…” Przekazywane z ust do ust miały wychowywać, ostrzegać, a czasem pocieszać. Mówiły o otaczającym świecie, jego zagrożeniach, sposobach radzenia sobie z życiowymi problemami. Ustalały hierarchię wartości. Gdy trzeba – przywoływały kochanków lub koiły złamane serca. Były nieodłączną częścią codziennego życia i nadawały mu sens, znaczenie. Z pokolenia na pokolenie niosły wiedzę o świecie, w którym przyszło im żyć i regułach nim rządzącymi. „Niedzisiejsze”, zdawałoby się, pieśni czasem i w nasze życie wnoszą nowe treści i tak potrzebną refleksję.
Rękodzieło (i inne aktywności jakby rodem z czasów dziadków) to jedna z twórczych dróg wyrażenia siebie. Daje możliwość zagłębienia się w świat, który powoli odchodzi w zapomnienie. Pozwala poczuć smak kreacji, powoływania do życie, wydobywania kształtu z materii. Stanowi po części powrót do dzieciństwa i beztroskiego bawienia się materiałami, kolorami itd. To nie tyle oderwania się od rzeczywistości, co jej ubogacenie. Wymaga skupienia, czasu i chęci, ale w zamian potrafi dać dużo satysfakcji i poczucia spełnienia. Radości z bycia innymi pasjonatami, otwarcia nowych dróg spędzania wolnego czasu, nowych znajomości, przyjaźni. Alternatywa dla tego, co niektórzy (niesłusznie) nazywają „szarością życia”. Jeśli jest ono takie szare to może warto dodać mu kolorów?
Opublikowane przez Celina Fit sty 11 2011 w przemyślenia. Możesz śledzić komentarze do tego artykułu przez RSS 2.0.











…….. nie chciałam
Super , ale nie pomogłeś mi
[...] http://femka.net/u-przasniczki-siedza-jak-aniol-dzieweczki%E2%80%A6/ [...]